Wyższość i sens!

Nie uważam się za osobę zbytnio emocjonalną. Ostatnio, ze łzami w oczach, koleżanka mówiła mi, że ojciec kazał wynieść się jej z domu.

Powiedziałam jedynie to co przyszło mi do głowy.

„Znajdź robotę na pół etatu, pakuj się i się nie przejmuj. Nie jesteś odpowiedzialna za swoich rodziców.” (Bała się, że jak się wyprowadzi to oni nie dadzą sobie rady)

(Łatwo powiedzieć? Powiedzmy, że sama przerobiłam temat, ale od odrobinę innej strony)

Uspokoiła się i pogadałyśmy o możliwych rozwiązaniach typu studia zaoczne, praca w laboratorium jako technik itd.

Jest to moim zdaniem dużo bardziej konstruktywne niż poklepanie po plecach i gadka-szmatka „wszystko będzie dobrze”.

A jak nie będzie?

Dlaczego miałabym komukolwiek dawać gwarancję na to, że życie mu się nie posypie? Ja nie wiem czy moje się nie posypie, a co dopiero czyjeś.

Nie mam mocy gwarancji.

Ale przechodząc do meritum… Nie jestem osobą emocjonalną. Mało rzeczy mnie wzrusza.

A mimo to płaczę na każdym filmie studia Ghibli. I o ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć (chodź z trudem) „Księżniczkę Kaguyę” to płakałam również na „Narzeczonej dla kota” i „Ponyo”.

Dla ścisłości – dwie ostatnie kończą się dobrze. (Pierwsza może też..?)

Ale być może o to chodzi? Wybudowałam mur. Z intelektualizmu i analizy. Emocje jakoś zwykle nie mogą się przebić.

Ale w przypadku oglądania „chińskich bajek”, mój do cna zracjonalizowany umysł każe mi się doszukiwać ukrytej tęsknoty za nie do końca modelowym, szczęśliwym dzieciństwem.

(Nie miałam jakoś bardzo źle, są ludzie, którzy mają dużo gorzej)

Więc w końcu jestem wrażliwa, czy nie? Na ile intelektualny mur odziera mnie z pełnego życia, a na ile chroni przed rozczarowaniem i pozwala na poczucie „wyższości i sensu”?