Muzyka poważna

 

Jestem pasażerem.

 

 

Z pyskiem przy oknie
Złym okiem omiatam słupy milowe

 

 

 

I czasem

 

gdy jadę
biernie, na fotelu

 

 

Kły szczerzę
jak zawsze

 

 

Warczę na Ananke.

 

 

~Moherro. Wiersz dawny, niezatytułowany

Zawsze gdy mam wrażenie, że jestem o krok od ucieczki od wszystkiego to słucham muzyki poważnej.

Zawsze.

Mam już wybrany utwór na swój pogrzeb. „Serenada” Schuberta. No ale ja dziś nie o tym.

Chodzi po prostu o to, że czasem mam wrażenie (i dziś jest to czasem), że wszystko – powtarzam – wszystko to nie jest funta kłaków warte.

Ani moje oddechy, ani doktoraty, ani ideały i religie i moralności i dobrocie.

Wszystko w piach. A ja się szarpię. Po co i na co?

Powiedziałabym, że rzucić to wszystko. Wyjechać. Zgolić głowę i odziać się w pomarańcz. Tylko po co?

Po co? Niech mi ktoś odpowie na to fundamentalne pytanie.

Mam jedzenie. Mam gdzie mieszkać. Mam wodę w kranie. Mam ciepło w zimie. Mam „wszystko”.

Tylko tego cholernego sensu nie mam, bo mi się wymyka za każdym razem.

Książki, joga, wiedza, dobroć, moralność, rola, równowaga, schronienie i inne rzeczowniki bez znaczenia.

Nie ma ratunku dla wątpiących.

Ja lubię śpiewać za kółkiem. Najbardziej „Sen o dolinie” Budki Suflera

„Zazen to praktykowanie własnym ciałem Drogi Środka, która jest sama w sobie prawdziwym życiem. Można to również dostrzec w codziennym życiu. Na przykład jeśli prowadząc samochód, jesteśmy spięci lub pochłonięci myślami, nasze życie ogarnia zupełny zamęt i nie potrafimy ujawnić go takim, jakie jest. Wtedy jazda samochodem staje się bardzo niebezpieczna. Równie ryzykowna jest jazda, gdy jesteśmy senni lub pijani, ponieważ to nas zaślepia. Jest bezpieczna tylko wtedy, gdy jesteśmy rozluźnieni, a jednocześnie całkiem rozbudzeni.

Zazen jest postawą, poprzez którą nasza siła życiowa ujawnia się w sposób najbardziej naturalny i czysty.”

~ Kosho Uchiyama „Otwieranie dłoni myśli”

Wyższość i sens!

Nie uważam się za osobę zbytnio emocjonalną. Ostatnio, ze łzami w oczach, koleżanka mówiła mi, że ojciec kazał wynieść się jej z domu.

Powiedziałam jedynie to co przyszło mi do głowy.

„Znajdź robotę na pół etatu, pakuj się i się nie przejmuj. Nie jesteś odpowiedzialna za swoich rodziców.” (Bała się, że jak się wyprowadzi to oni nie dadzą sobie rady)

(Łatwo powiedzieć? Powiedzmy, że sama przerobiłam temat, ale od odrobinę innej strony)

Uspokoiła się i pogadałyśmy o możliwych rozwiązaniach typu studia zaoczne, praca w laboratorium jako technik itd.

Jest to moim zdaniem dużo bardziej konstruktywne niż poklepanie po plecach i gadka-szmatka „wszystko będzie dobrze”.

A jak nie będzie?

Dlaczego miałabym komukolwiek dawać gwarancję na to, że życie mu się nie posypie? Ja nie wiem czy moje się nie posypie, a co dopiero czyjeś.

Nie mam mocy gwarancji.

Ale przechodząc do meritum… Nie jestem osobą emocjonalną. Mało rzeczy mnie wzrusza.

A mimo to płaczę na każdym filmie studia Ghibli. I o ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć (chodź z trudem) „Księżniczkę Kaguyę” to płakałam również na „Narzeczonej dla kota” i „Ponyo”.

Dla ścisłości – dwie ostatnie kończą się dobrze. (Pierwsza może też..?)

Ale być może o to chodzi? Wybudowałam mur. Z intelektualizmu i analizy. Emocje jakoś zwykle nie mogą się przebić.

Ale w przypadku oglądania „chińskich bajek”, mój do cna zracjonalizowany umysł każe mi się doszukiwać ukrytej tęsknoty za nie do końca modelowym, szczęśliwym dzieciństwem.

(Nie miałam jakoś bardzo źle, są ludzie, którzy mają dużo gorzej)

Więc w końcu jestem wrażliwa, czy nie? Na ile intelektualny mur odziera mnie z pełnego życia, a na ile chroni przed rozczarowaniem i pozwala na poczucie „wyższości i sensu”?